czwartek, 22 stycznia 2015

niemożliwe

Życie przynosi nam wiele momentów, kiedy myślimy sobie, że osiągnięcie celu jest niemożliwe i wielokrotnie, z biegiem czasu, naciąga nasze możliwości jakby były z gumy, żeby udowodnić, że wszystko jest możliwe.

Aktualnie najwięcej dowodów przemiany niemożliwego w możliwe daje mi macierzyństwo, podwójne macierzyństwo.


Kiedy pierwszy raz zostałam w domu z kilkudniową Polą, bo mąż wyszedł z domu pozałatwiać urzędowe sprawy, to stwierdziłam, że niemożliwym jest, żeby przy małym dziecku zrobić cokolwiek. I tak wracający po dwóch godzinach mąż zastał mnie piżamie, której nie zdążyłam zmienić, po raz kolejny karmiącą dziecko, bo ciągle chciało jeść i nieszczęśliwą, bo strasznie chciało mi się sikać, a nie chciałam zostawiać płaczącego, żeby nie powiedzieć drącego się w niebogłosy dziecka. Niedługo później okazało się, że przy małym dziecku to można się i ubrać i zjeść, obiad ugotować, a czasem nawet ciasto upiec. 

Wyżej postawiona poprzeczka, czyli dwójka małych dzieci o całkowicie różnych potrzebach spowodowała, że na chwilę straciłam pewność siebie. Jednak powoli odzyskuję równowagę, ciast jeszcze nie piekę, ale zdecydowanie widzę światełko w tunelu, daje ono nadzieję, że i w piekarniku pojawi się światełko. 

Dzisiaj po raz pierwszy wyszliśmy na spacer w trójkę, bez dodatkowej pomocy - matka, córka i syn. Potu się sporo wylało i cały wzięła na siebie matka, która najpierw pobiegła znieść wózek z pierwszego piętra na parter. W związku z tym, że towarzyszyła jej obawa, że z dobrego serca córka może przynieść do łóżeczka brata coś czego przynosić nie powinna, matka tempo miała porównywalne z francuskim TGV, a wiem jakie to tempo, bo wraz z moim ówczesnym narzeczonym miałam okazję mknąć TGV na ślub francuskich przyjaciół. Obawy o działalność córki okazały się nieuzasadnione. Następnie matka ubrała się jako pierwsza i rozpoczęła proces ubierania dzieci, przypominam, że mamy zimę - czas czapek, rajtuz i kombinezonów. Proces ten odbywał się naprzemiennie i zakończył szczęśliwym finałem. Tutaj przypomniałam sobie moje pierwsze spacery z Polą, kiedy wydawało mi się, że z dwójką dzieci to bym nie dała rady wyjść, a jednak niemożliwe stało się możliwe. W jednej ręce zapakowany w gondolce syn, w drugiej nieschodząca jeszcze samodzielnie córka i dobrnęliśmy do parteru, żeby udać się na całkiem udany spacer. Pewnie samodzielne powroty do domu też są możliwe, jednak dzisiaj postanowiłam zsynchronizować powrót ze spaceru z powrotem z pracy ojca dzieci, żeby nie przeprowadzać dodatkowych testów możliwości. (Z podziwem pozdrawiam czytelniczki będące mamami większej liczby dzieci większej niż ja!)

Jadąc pierwszy raz naszym wózkiem "rok po roku" pomyślałam sobie, że tego wózka nie da się prowadzić jedną ręką. Dzisiaj, kiedy córka postanowiła nie korzystać z kołowego transportu przekonałam się, że da się prowadzić wózek jedną ręką, a w drugiej trzymać małą rączkę dreptającej obok córki. Nawet da się na krawężniki wjeżdżać!

Dwa miesiące temu wydawało mi się odległym, a momentami wręcz nierealnym, żeby spokojnie spędzić wieczór, żeby mieć wolne ręce do pisania czy trzymania kubka herbaty, a niekoniecznie trzymać w nich niezamierzającego spać syna. A dzisiaj standardem stało się to, że o 19 syn grzecznie śpi w swoim łóżeczku, a o 19.30 w drugim łóżeczku również śpi  nasza córka. Synowi zdarza się spać ciągiem do północy, co jeszcze niedawno było naszym marzeniem.

Ostatnio towarzyszą nam niesprzyjające okoliczności, ale na przekór temu wszystkiemu wierzę, że każde doświadczenie czegoś nas uczy i pokazuje nam nowe możliwości. Zamianę niemożliwego na możliwe poprzedza długotrwały okres przygotowań, opracowywania strategii, ulepszania, ćwiczenia cierpliwości i charakteru, ale finalnie przekonujemy się, że wykonaliśmy dużo dobrej pracy i udało się osiągnąć cel. Jak zawsze z zaciekawieniem patrzę w przyszłość, co jeszcze los mi przyniesie, co będzie próbował mi udowodnić? Lubię wyzwania i lubię kiedy życie zmusza nas do zamiany niemożliwego w możliwe.

1 komentarz:

  1. wiesz ja od początku ubieram się nie pierwsza, ale ostatnia, bo po ubraniu chłopców i zniesieniu z trzeciego na dół byłabym już mokra. Od jakiegoś czasu nauczyłam chłopców siadać na klatce przy drzwiach na schodku na wyższe piętro, a ja stojąc przed nimi zamykam drzwi i dopiero ubieram kurtkę i resztę. oni siedzą więc się nie pocą, ja biegam jak wściekła więc odwrotnie.

    OdpowiedzUsuń