sobota, 17 stycznia 2015

szlachetne zdrowie


​Jeszcze miesiąc temu nie uwierzyłabym, gdyby ktoś mi powiedział, że tak się życie potoczy i na pytanie dzwoniącej koleżanki, pewnej, że już się mamy dobrze, że jesteśmy zdrowi odpowiem: znowu gorączka, właśnie wróciłam od lekarza.

Wracamy niczym bumerang, odbijamy się niczym piłeczka ping-pongowa między ośrodkiem zdrowia a szpitalem. Termometr jest najczęściej używanym sprzętem w naszym domu, zaraz po inhalatorze. Jesteśmy posiadaczami małej apteki. Nie narzekamy już gdy dzieci marudzą, wstajemy w nocy bez marudzenia ile razy trzeba i prosimy tylko o jedno - żeby były zdrowe.

Pewnie wielu rodziców zna to doskonale, ale może są tacy, którzy nie wiedzą, co to znaczy jak dzieci chorują, my takimi rodzicami byliśmy przez bardzo długi czas, bo Pola oszczędziła nam takich doświadczeń. Może doświadczeni rodzice mają dla nas jakąś mądrą radę z zakresu "jak korzystać z pomocy służby zdrowia, żeby nie zostać poszkodowanym", chętnie przyjmiemy takowe rady. 

A co się właściwie dzieje? 
Otóż 18 grudnia Artur dostał wysokiej gorączki, dzięki dobrym Aniołom, które na pewno istnieją i które nad nami czuwały, już godzinę później byliśmy na pediatrii, gdzie walczono z bakterią, którą u syna stwierdzono. Niestety, podczas tygodniowego pobytu w szpitalu zarażono nas kaszlem i tak cała rodzina odchorowała pobyt Artura w szpitalu, a on sam wrócił tam po tygodniowej przerwie. Diagnoza: ostre zapalenie górnych dróg oddechowych i oskrzelików. Nasz widok nie był zaskoczeniem dla pracującego tam personelu "bo tak się często zdarza". Skoro tak, to dlaczego niemowlaka z bakterią nieokreśloną kładzie się na sali z kaszlącymi dziećmi? 

Ze szpitala wyszliśmy w poniedziałek, Artur zdrowy jeszcze nie był, ale w domu doprowadziliśmy go do porządku, poza katarem, ale katar ma od urodzenia i jak mi w szpitalu powiedzieli "niektóre dzieci tak mają nawet do drugiego roku życia". No skoro mają, to co ja zrobię? Ja lekarzem nie jestem, więc przyjęłam do wiadomości, może gdybym była lekarzem, to zleciłabym jakieś badania, żeby mieć pewność, że to typowa dla dzieci dolegliwość, a nie przyczyna jakiejś choroby...

Dokładnie tydzień później, w poniedziałek, u Artura pojawiła się gorączka, nie tak wysoka jak za pierwszym razem i objawy oraz zachowanie dziecka było dużo spokojniejsze. Po telefonicznej konsultacji z pediatrą udaliśmy się do ośrodka zdrowia, gdzie obecnie należymy do kategorii VIP i jesteśmy przyjmowani bez kolejki, a nasz przypadek konsultuje dwóch lekarzy. W związku z tym, że Artur miał problem ze zrobieniem kupy padło podejrzenie, że to może być przyczyna gorączki. Podanie leku i czopka pomogło dziecku zrobić kupę i gorączka spadła, problem minął. Minął, żeby znowu pojawić się w piątek - znowu gorączka, problem ze zrobieniem kupy. Ponownie udaliśmy się do lekarza. Mieliśmy ze sobą wyniki wymazu z nosa, na który lekarz Artura skierował nas w poniedziałek, żeby sprawdzić, co jest z tym katarem. Wynik wymazu z nosa donosił, że syn ma gronkowca. Co ciekawe, jest podejrzenie, że zaraził się nim podczas pierwszego pobytu w szpitalu, czyli zaraz po urodzeniu. Gronkowiec spowodował, że Artur otrzymał już drugi w swoim krótkim życiu antybiotyk oraz skierowanie na kolejne badania. Piątkowy wieczór zapowiadał się spokojnie, bo Artur uporał się z kupą i gorączką i wtedy okazało się, że gorączkę ma Pola... 

W sobotni ranek, kiedy Pola miała 38,5, patrzyliśmy z mężem na siebie nie dowierzając, że to się dzieje naprawdę. Córka nie pozwoliła sobie zajrzeć do gardła, a objawów takich jak katar, kaszel czy biegunka nie było. Skąd więc ta gorączka? Jakimś cudem udało się pomasować dziąsła i dojść do tego, że Poli wyrzynają się piątki, dwie na raz i to one są przyczyną gorączki. Stawiam kropkę na końcu zdania, ale wcale nie mam pewności, że to koniec, bo przecież dzień się jeszcze nie skończył.

Aktualnie nie planujemy niczego, raczej reagujemy na to co nam życie przynosi. Trochę też tracimy kontakt ze światem, bo koncentrujemy się na tym, żeby poukładać swój świat, jednak doceniamy wszelkie próby nawiązywania kontaktu z nami. Miło jest usłyszeć w słuchawce głos inny niż pani z ośrodka zdrowia, człowiek odrywa się od swojego małego świata i od razu czuje się jakiś lżejszy.

Jeśli ktoś ma wolne kciuki, to niech je za nas na chwilę potrzyma, za nas i za nasz powrót do zdrowia i jakiegoś rytmu, bo bardzo nam tego brakuje.

2 komentarze:

  1. Monia trzymam za Was kciuki! niestety nie mam żadnych dobrych rad ponieważ Piotrek nigdy bardzo nie chorował, ale wierze że poradzicie sobie ze wszystkim!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dzięki Basiu! radzimy sobie jak możemy i wierzymy, że finał złego i chorego już bliski :) pozdrowienia :)

      Usuń